Sabaty czarownic – święta natury i mocy. Kiedyś opisywane jako nocne zgromadzenia kobiet tańczących przy ogniu, pełne szeptów, zaklęć i zapachu ziół, przez wieki budziły lęk i fascynację. Dla tych, którzy patrzyli z zewnątrz, były obrazem grzechu, dzikości, zagrożenia. Dla uczestniczek – były powrotem do domu. Do natury, do siebie nawzajem, do tego, co święte, zanim ludzie nazwali to bluźnierstwem. Sabat nie był czarną mszą, lecz rytuałem pamięci o tym, że człowiek jest częścią Ziemi, a nie jej panem.
Ich rytm nie brał się z kalendarzy, tylko z oddechu świata. Koło roku – osiem punktów, osiem bram – wyznaczało drogę światła i cienia, wzrostu i odpoczynku. Imbolc, kiedy ziemia jeszcze śpi, ale w jej wnętrzu budzi się pierwsze życie. Ostara, gdy dzień i noc stają się sobie równe. Beltane, pełne ognia, miłości i kwiatów, które płoną jak serce świata. Lammas, czas wdzięczności za plony. Samhain, gdy kurtyna między światem żywych i zmarłych staje się cienka jak mgła, a dusze wracają, by przypomnieć o wiecznym cyklu istnienia. Każdy sabat był rozmową z naturą. Każdy ogień, pieśń i taniec był modlitwą w innym języku – języku ciała, ziemi i serca.
Dla czarownic sabat był czymś więcej niż spotkaniem. Był oddechem wspólnoty, pulsującą siecią energii, w której każda kobieta była równocześnie uczennicą i mistrzynią. Spotykały się, by wymieniać wiedzę o ziołach, rytuałach, o tym, jak uzdrawiać nie tylko ciało, ale i duszę. Krąg dawał im siłę, której nie dawał żaden kościół ani prawo. W kręgu nikt nie był lepszy, starszy ani mądrzejszy – wszystkie były częścią tej samej pieśni.
Dziś sabaty powracają, cichsze, ale prawdziwsze. Nie ma już ognisk w lasach, bo ludzie boją się ognia, który nie da się kontrolować, ale są kręgi kobiet i mężczyzn, którzy celebrują to, co dawniej zwano magią, a dziś – świadomością. Spotykają się w pełnię księżyca, zapalają świece, śpiewają, tańczą, oczyszczają swoje pola. Nie przyzywają diabłów, lecz przypominają sobie, że w każdym z nas jest cząstka natury, która pragnie tylko harmonii. Sabat nie jest więc zjazdem czarownic, lecz świętem duszy, rytmem oddechu planety.
W świecie, w którym człowiek oddzielił się od lasu, od Księżyca, od rytmu swojego własnego ciała, sabaty są jak powrót do domu po długiej wędrówce. Przypominają, że to, co boskie, nie jest gdzieś w niebie, tylko w ogniu świecy, w dotyku ziemi, w oddechu, który łączy wszystkich. Bo przecież my też jesteśmy cyklem – rodzimy się, wzrastamy, owocujemy, odchodzimy.
Sabaty czarownic to nie legenda o tańczących z diabłem kobietach. To przypomnienie, że w każdej z nas drzemie pamięć pierwotnego rytmu – rytmu Ziemi, która nie zna wstydu, nie zna granic, nie zna lęku. To święta mocy, wdzięczności i wspólnoty. Spotkania, w których znów uczymy się tego, co wiedziały nasze prababki: że magia nie jest czymś nadzwyczajnym, tylko naturalnym stanem istnienia.