Trzecie oko nie należy do ciała – to okno duszy. Nie błyszczy jak klejnot, nie otwiera się jak mechanizm. To raczej płomień świadomości, który tli się w każdym z nas, czekając, aż przestaniemy patrzeć, a zaczniemy widzieć. Starożytni mówili, że znajduje się między brwiami, ale w rzeczywistości mieszka wszędzie tam, gdzie rodzi się zrozumienie. Gdy człowiek przestaje wierzyć tylko w to, co materialne, trzecie oko zaczyna drgać jak pulsujący punkt światła. Wtedy intuicja staje się ostrzejsza, sny gęstsze, a przypadki zaczynają układać się w sensowną mozaikę. W dawnych czasach szeptuchy mawiały, że trzecie oko budzi się, kiedy przestajesz szukać znaków – bo samo stajesz się znakiem. Pewna staruszka ze wschodnich rubieży opowiadała, że po śmierci męża przez wiele tygodni widziała błękitne światło nad świecą, choć nikt inny go nie dostrzegał. Myślała, że to złudzenie, dopóki w jej snach nie pojawił się ukochany i nie powiedział: „Nie płacz, to nie oczy płaczą, to serce się uczy widzieć.” Od tej pory już wiedziała – nie zwariowała, tylko jej dusza otworzyła się na to, co subtelne. W każdym człowieku drzemie taki sam zmysł – splot świadomości, ciała i ducha. Trzecie oko nie jest przywilejem wybranych, tylko naturalnym narzędziem, które świat zachodni zagłuszył hałasem i logiką. Kiedy w końcu przychodzi cisza, w której można usłyszeć własny oddech, ono znów zaczyna działać. To wtedy czujesz, że coś się wydarzy, zanim się stanie. Widzisz, że pewne miejsca mają blask, a inne gęstnieją jak cień. I nie chodzi o magię w sensie bajkowym – to subtelna fizyka duszy, której uczyła się każda cywilizacja, zanim zapomniała, kim jest. Trzecie oko nie służy do patrzenia w przyszłość, tylko do widzenia prawdy o teraźniejszości. Gdy się otwiera, człowiek przestaje pytać, dlaczego świat taki jest. Po prostu widzi, że wszystko ma swoje miejsce, nawet to, co trudne. I może wtedy zrozumieć słowa dawnych mistrzów: że największe oświecenie nie przychodzi z góry, tylko z wnętrza – z tego oka, które nigdy nie mruga.