Medytacja w ciszy

Mówi się, że cisza w górach nie jest pusta. Wystarczy się zatrzymać, a zaczyna śpiewać – jakby sama ziemia modliła się pod skórą świata. Tam, wysoko, gdzie powietrze jest cienkie jak szkło, siedzą mnisi – ludzie, którzy zrozumieli, że prawdziwe światło nie spływa z nieba, lecz rodzi się w środku człowieka. Nie szukają cudów, nie proszą o znaki. Siedzą w milczeniu tak długo, aż ich myśli rozpływają się jak mgła. Wtedy zostaje tylko oddech. I w tym oddechu – Bóg, którego nie trzeba nazywać.

Zdarza się, że w dolinach ludzie śmieją się z nich: „Zmarnowali życie, siedząc w kamieniach.” Ale oni wiedzą, że to kamienie uczą cierpliwości, a cisza – odwagi. Bo nie ma nic trudniejszego niż usłyszeć samego siebie, kiedy w głowie dudni świat.

W Tarocie Pustelnik niesie lampę. Nie po to, by oświetlać drogę innym – jeszcze nie. Na razie idzie sam, z lampą przy sercu, by sprawdzić, czy płomień jest prawdziwy. Bo nie można prowadzić innych, jeśli samemu nie wiesz, skąd pochodzi światło.

W jednej z dawnych przepowieści mówi się o mnichu, który każdego dnia schodził z góry po wodę. Schodził w milczeniu, niosąc gliniany dzban. Ludzie pytali: „Mistrzu, po co tyle trudu? Masz źródło obok klasztoru.” A on odpowiadał: „Bo dopóki będę chodził po wodę, będę pamiętał, że światło jest wysiłkiem, nie prezentem.”

W innej opowieści Pustelnik mieszkał w chacie na skraju lasu. Pewnej nocy przybiegł do niego człowiek, krzycząc: „Zgubiłem Boga! Pomóż mi go znaleźć!”. Pustelnik podał mu lustro. „Spójrz” – powiedział. – „Oto On. Tylko cisza potrafi odbić Jego twarz.”

Mnisi, pustelnicy, szeptuchy, wszyscy oni dotykają tego samego zrozumienia – że cisza to nie brak dźwięku, lecz przestrzeń, w której można usłyszeć duszę. I że światło, którego szukamy, nigdy nie jest daleko. Ono zawsze czeka w nas, jak płomień lampy w dłoniach Pustelnika – małe, ciche, ale wieczne.

Bo w końcu każdy z nas, choćby na chwilę, musi zejść z drogi innych i wejść w swoją własną ciemność. I wtedy, w tym pozornym braku, wreszcie słychać wszystko.