Przepowiastka o Drzewie Sefirot
Mówią, że na początku było tylko światło. Tak jasne, że nie dało się go utrzymać – wypełniało wszystko i wszystko spalało. Wtedy Stwórca postanowił podzielić je na dziesięć naczyń, by światło mogło płynąć kropla po kropli, aż dotrze do ludzi. Tak powstało Drzewo Sefirot.
Na jego szczycie błyszczy Keter, Korona, czysta wola Boga. Z niej spływa iskra do Chochmy, mądrości, a potem rozlewa się w Binie, zrozumieniu. Z tego trójkąta rodzi się cała myśl świata.
Niżej pulsują dwa skrzydła: Chesed, czyli miłosierdzie, i Gewura, surowość. To one trzymają równowagę – jedno daje bez granic, drugie stawia granice, żeby świat się nie rozpadł. W ich spotkaniu rodzi się Tiferet, piękno i harmonia, serce całego drzewa.
Potem światło płynie dalej. Necach – zwycięstwo, siła ruchu, i Hod – blask, odbicie, echo. Spotykają się w Jesod, fundamencie, który zbiera wszystkie energie i kieruje je w dół, jak koryto rzeki. I wreszcie światło dociera do Malchut – Królestwa, czyli świata, w którym żyjemy. To my, ziemia, ciało, codzienność.
Legenda mówi, że człowiek, który stanie pod tym drzewem i spojrzy w górę, zobaczy, że korzenie sięgają nieba, a konary wnikają w ziemię. Bo Drzewo Sefirot jest i w kosmosie, i w nas samych. Każdy z nas nosi w sobie tę mapę – Koronę, Serce, Fundament i Królestwo.
I cała praca duszy polega na tym, by oczyszczać te ścieżki. Gdy światło płynie swobodnie, życie staje się harmonią. Gdy się blokuje, pojawia się cień. Ale nawet wtedy wystarczy jedno spojrzenie w stronę drzewa, by przypomnieć sobie, że jesteśmy gałęzią większej całości.