Magia cienia odbitego to jedna z tych starych sztuk, o których mało kto chce mówić głośno, bo cień budzi w człowieku coś niepokojąco znajomego. W dawnych czasach wierzono, że cień nie jest tylko odbiciem światła, ale żywą częścią duszy, która towarzyszy człowiekowi przez całe życie. Miał pamięć, znał prawdę, której usta nie chciały wypowiedzieć. Kiedy cień drżał, mówiono, że dusza się waha. Kiedy wydłużał się w nienaturalny sposób, znaczyło, że człowiek nie idzie już swoją drogą. W Azji Środkowej szamani potrafili diagnozować stan ducha po zachowaniu cienia w świetle ognia. Jeśli cień poruszał się niespokojnie, ostrzegali, że wewnątrz toczy się walka między tym, kim człowiek jest, a kim chciałby być. W Egipcie cień nazywano ka — cienistym sobowtórem, który po śmierci oddzielał się i wędrował w świat niewidzialny. A u Słowian cień był strażnikiem granicy: dopóki go masz, należysz do świata ludzi; gdy zniknie — twoja dusza przeszła już dalej. Dawne szeptuchy znały ten język. Patrzyły, jak cień pada przy pełni księżyca, i szeptały, że jeśli zbyt długi, to dusza za tobą nie nadąża. Bo cień zawsze pokazuje to, co zostaje w tyle. W nim odbija się wszystko, czego człowiek nie chce widzieć — smutek, złość, lęk, zaniechane słowa, nieprzyjęta miłość. Magia cienia odbitego nie obiecuje ochrony, jak amulet ani błogosławieństwa, jak modlitwa. Ona pokazuje prawdę. A prawda nie zawsze bywa łagodna. Kiedyś powiadano: niech mój cień mówi, gdy ja milczę, niech mnie nie wyprzedza i nie zostaje za mną, niech będzie moim lustrem, nie moim więzieniem. To była formuła na zachowanie równowagi między światłem a ciemnością. Bo cień to nie wróg światła, tylko jego pamięć. W nim widać, kim naprawdę jesteśmy, kiedy nikt nie patrzy. I może właśnie dlatego tak trudno go znieść — bo cień nigdy nie kłamie.